Czy zagraniczny kurs językowy to przede wszystkim nauka angielskiego? Alicja Sztark z międzynarodowej organizacji edukacyjnej EF Education First przekonuje, że dla młodych ludzi jest to także lekcja samodzielności, odwagi i odnajdywania się w nowych sytuacjach. W rozmowie opowiada o pierwszych dniach za granicą, tęsknocie, nietypowych lekcjach i doświadczeniach, które zostają z kursantami na długo po powrocie do domu.
Czy wysłanie dziecka na zagraniczny kurs językowy to dla rodzica bardziej inwestycja w jego samodzielność czy powód do stresu? Czego rodzice boją się najbardziej, zanim pozwolą dziecku wyjechać?
To inwestycja w samodzielność, której mogą towarzyszyć zupełnie naturalne obawy. Rodzice powierzają dziecko szkole i wiedzą, że nie będą mogli być przy nim w każdej sytuacji. Pojawiają się pytania: czy jego potrzeby zostaną zrozumiane? Czy w innym języku będzie umiało powiedzieć, czego potrzebuje albo poprosić o pomoc? Czy będzie szczęśliwe, wypoczęte i pod dobrą opieką?
W EF doskonale rozumiemy te obawy. Dlatego tworzymy warunki, w których dziecko może stopniowo zdobywać samodzielność, mając jednocześnie wsparcie dorosłych. Uczy się odnajdywać w nowym otoczeniu, poznaje inną kulturę i coraz lepiej ją rozumie. Nie musi od razu ze wszystkim radzić sobie samo – samodzielność to również umiejętność zwrócenia się o pomoc.
Czy zdarza się, że pierwsze dni za granicą są dla dzieci zderzeniem z rzeczywistością? Jakie błędy najczęściej popełniają młodzi kursanci i czego uczą się dzięki takim doświadczeniom?
Tak, czasem obserwujemy coś, co nazywamy „kryzysem nowicjusza”. Po podróży dziecko trafia do nowego pokoju, poznaje wiele osób, słyszy wokół inny język. Za nim może być pierwsza kontrola paszportowa, a czasem także zmiana strefy czasowej. To dużo nowych bodźców, nawet jeśli młody człowiek sam nie zauważa, jak bardzo jest zmęczony.
Chwilowa tęsknota czy niepewność nie są błędem ani oznaką, że wyjazd był złą decyzją. Często po odpoczynku i pierwszej przespanej nocy perspektywa się zmienia: koleżanka, z którą poprzedniego dnia trudno było nawiązać rozmowę, staje się towarzyszką śniadania, a nowy pokój zaczyna być własnym miejscem.
Jeśli miałabym wskazać częstą trudność, byłoby nią przekonanie, że trzeba od razu wszystko wiedzieć i ze wszystkim radzić sobie samemu. Zachęcamy kursantów, żeby pytali i zgłaszali swoje potrzeby. Rodzicom podpowiadamy natomiast, by spokojnie wysłuchali dziecka, dali mu poczucie bliskości, ale też przestrzeń i czas na adaptację. Choć częste rozmowy telefoniczne mogą wydawać się najlepszym sposobem na złagodzenie tęsknoty, czasem utrudniają dziecku zaangażowanie się w życie grupy i oswojenie nowego otoczenia. Warto dać mu szansę, żeby rozejrzało się wokół, poznało innych i odkryło, że potrafi sobie poradzić.
W razie problemów rodzice mogą oczywiście skontaktować się z naszym biurem. Każdą zgłoszoną trudność traktujemy poważnie – nie wszystko można sprowadzić do zmęczenia czy tęsknoty.
Wyjazd językowy to nie tylko nauka angielskiego, ale też szkoła życia? Jakie najbardziej nietypowe sytuacje przydarzyły się Waszym kursantom?
Do dziś pamiętam lekcję angielskiego w Santa Barbara, podczas której nauczyciel zabrał moją polską grupę nastolatków do sądu na publiczną rozprawę. Mogliśmy obserwować jej przebieg – dla kursantów było to trochę jak wejście do sceny z amerykańskiego filmu.
Sędzia zainteresował się obecnością młodzieży na widowni i poprosił jedną z naszych kursantek, żeby podeszła do mikrofonu, powiedziała, skąd przyjechaliśmy i opowiedziała coś o Polsce. Zapytał ją też, kiedy obchodzimy Święto Konstytucji i w którym roku została ona uchwalona. Trochę się stresowała, ale poradziła sobie świetnie. Byłam obok i pomogłam jej tylko podpowiadając jedno słowo – całą resztę opowiedziała sama. Byliśmy z niej bardzo dumni!
To była lekcja języka, ale też odwagi i zaufania do własnych możliwości. Dziś ta kursantka z wyjazdu juniorów studiuje na uczelni biznesowej w Barcelonie. To cudowne obserwować, jak rozwija skrzydła i kontynuuje swoją międzynarodową przygodę.
Czy dziecko rzeczywiście musi znać angielski przed wyjazdem, żeby poradzić sobie za granicą? Co dzieje się z uczniami, którzy na początku boją się odezwać albo mają poczucie, że ich język jest zbyt słaby?
Nie trzeba znać angielskiego przed rozpoczęciem kursu – mamy również grupy dla osób początkujących. Nauczyciele dostosowują sposób pracy do poziomu uczniów: mówią jasno, powtarzają, korzystają z ilustracji, scenek, quizów i materiałów wideo. Kiedy tylko możemy, wychodzimy też poza salę, żeby ćwiczyć język w codziennych sytuacjach, na przykład podczas zamawiania posiłku czy pytania o drogę.
Osobom, które boją się odezwać – zarówno młodszym, jak i dorosłym – przypominamy, że wiele osób czuje podobnie. Szkoła jest właśnie miejscem, w którym można próbować, popełniać błędy i się uczyć. Nie trzeba czekać z pierwszą rozmową, aż będzie się mówiło idealnie.
Z mojego doświadczenia wynika też, że polscy kursanci często oceniają swój angielski surowiej, niż na to zasługują. Mają wiedzę i potrafią się porozumieć, ale brakuje im wiary w siebie. Międzynarodowa grupa pozwala zobaczyć, że każdy ma inny akcent i własne trudności. Wtedy łatwiej skupić się na rozmowie, zamiast analizować każde wypowiedziane słowo.
Zdarza się, że rodzice początkowo obawiają się wysłania dziecka za granicę, a później sami decydują się na wyjazd. Co takiego zmienia się w dziecku po takim doświadczeniu, że przekonuje ono do tego nawet najbardziej sceptycznych rodziców?
Podczas spotkania po powrocie zapytaliśmy jednego z naszych uczniów, który spędził rok w amerykańskiej szkole średniej w ramach programu EF High School Exchange Year, dla kogo jego zdaniem jest taki wyjazd. Odpowiedział: „Dla każdego, kto nie boi się wrócić jako inna osoba”. Zrobiło to na nas ogromne wrażenie – nastolatek tak świadomie nazwał zmianę, którą w sobie zauważył.
Myślę, że rodzice dostrzegają właśnie ten rozwój: większą pewność siebie, otwartość, gotowość do podejmowania decyzji i radzenia sobie w nowych sytuacjach. Słyszą, jak dziecko opowiada o przyjaźniach z osobami z innych krajów i widzą, że język stał się dla niego narzędziem do poznawania świata.
A potem oglądają zdjęcia: Stonehenge, Nowy Jork, Wielki Kanion, ocean, surfing, taniec hula, warsztaty muzyczne, jazda konna. Dowiadują się też, że podobne doświadczenia są dostępne dla dorosłych, w grupach dopasowanych do ich wieku. Trudno się dziwić, że po pewnym czasie sami zaczynają myśleć: „Może teraz moja kolej?”.

